Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/016

Ta strona została przepisana.


Dormund.

Słuchaj Elwinie...

Elwin.

Będzie kazanie — co?

Dormund.

Nie, bo kazałbym na puszczy — ale chcę się winą podzielić. Elwinie, kiedy po śmierci twoich rodziców z ostrego rygoru...

Elwin.

Bardzo ostrego.

Dormund.

Nagle wpadłeś, syn chrzestny, w kochające objęcie mojéj matki...

Elwin.

Święta! droga, Opiekunka moja!..

Dormund.

Święta! droga! ale zbyt pobłażająca. Tak, że wkrótce stałeś się zawsze ładnym, wesołym, miłym ale tyranem, tyranem całego domu. Wszystko ci uchodziło. I ze mnie, prawdę mówiąc, robiłeś kozła i barana. Ale dosyć tego — wszystko ma swoje granice; nie chcę słyszeć o twoich finansowych operacyach i nie chcę spółki z twoim Berkiem i z jego mydłem i powidłem. Tak!

(Siada przy biórze i gorączkowo przerzuca papiery.)
Elwin (p. k. m.)

Prawda, prawda, nadużywałem macierzyńskiéj opieki i twojéj przyjaźni Dormundzie. Zapomniałem, że nie mam, że nie miałem prawa do waszéj miłości. Odtrącasz mnie, dobrze — ale zostawże mi przy-