Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/061

Ta strona została przepisana.


Warski.

Ależ do djabła, grzecznie mówiąc, ja wcale nie widzę powodów być spokojnym. Ja jestem opiekunem mojéj córki. Administrowałem majątek. Skrzywdzić jéj nie chciałem.

Elwin.

Ach, któż to pomyśleć może!

Warski.

Ale w tak długim przeciągu lat, nie będąc prawnikiem, może uchybiłem jakim formalnościom. Jeżeli zatém Pan Dormund zechce mnie pieniać...

Elwin.

Chęć wyjaśnienia dokładnego stanu rzeczy, pieniactwem nazwać nie można.

Warski.

Dlaczegóż tak pochopnie, nie proszony, nie dziękowany, nim jeszcze dał odpowiedź, zaczyna od trutynowania jakichsiś tam głupich kalkulacyj?

Elwin.

Ha!... To już takie jego usposobienie. Co zacznie, pewnie nie zaśpi. Może jest, prawdę mówiąc, trochę pedantem, ale człowiek sumienny... ostry... bez pardonu... i możesz Pan być zupełnie spokojny.

(Laura wchodzi, Elwin chce odejść.)
Laura.

Nie odchodź jeszcze, zatrzymaj się Doktorze.