Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/161

Ta strona została przepisana.


Gdański.

Miała przed kilku laty iść za niejakiego Marskiego, pędziwichra, urwisza na wielki kamień... ale pomimo wzajemnéj miłości, wzajemnéj rozumiesz, rzecz do skutku nie przyszła.

Florjan.

To dobrze.

Gdański.

Dobrze. Ale ja tego Marskiego nigdy nie widziałem. W każdym więc młodzieńcu zbliżającym się do mojéj żony, lękam się jéj dawnego kochanka... Pojmujesz ty tę mękę?

Florjan.

Niekoniecznie.

Gdański.

Niedawno dowiaduję się, że jest w Poznaniu. Biorę pocztę, pędzę jedynie aby go zobaczyć. — Już był wyjechał. Staram się, chcę przepłacić jego portret, nadaremnie. Mówiono że w Neapolu był pchnięty sztyletem.

Florjan.

O! ten to tego...

Gdański.

I ja mam prawdę wyznać cieszyłem się...

Florjan.

Ale to mnie, mnie nie Marskiego jakiś Makaroni pchnął sztyletem... przez omyłkę prawda, wziął mnie za kogo innego... ale ja przerwałem rozpoczętą konkurencyą... bo straciłem fiducyą.. i wyjechałem czém prędzéj... Piękna kobieta!.. Ale nie chcę ci przery-