Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/207

Ta strona została przepisana.


Hermenegilda.

O!.. O!..

Milder.

Dlatego taka szanowna dama nie pobłażając nigdy i nikomu, pobłażania spodziewać się nie może — dlatego szanowna dama wykrada się z domu do niegdyś swojego ulubionego.

Hermenegilda.

Och!

Milder.

Och czy Ach, ale kochałaś mnie szanowna Pani i skrycie przychodzisz do mnie — a prawdę mówiąc jest to krok nierozważny i naganny, robisz go jedynie, aby przytłumić wcześnie rozgłos mniemanéj dawnéj przewiny. Bo że kochałaś, nic złego. Że pisywałaś, nie występek. Że dałaś swój portret, nie zbrodnia. Działasz więc teraz źle istotnie, aby tylko uniknąć jak najmniejszego sporu z opinją publiczną.

Hermenegilda.

Co to ma do rzeczy? Mąż mnie zwiódł, zdradził, a ja żądać będę separacyi — w tém lękać się opinji świata nie mam przyczyny.

Milder.

Ale świat śledzić będzie za trochę ważniejszą, trochę rozsądniejszą przyczyną, i dowié się koniec końców, że Pan Gdański przejął korespondencyę swojéj żony... bez daty, proszę pamiętać.

Hermenegilda.

Ależ Pan Gdański nie przejął.

Milder.

Przejąć może.