Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/090

Ta strona została przepisana.


Przed blaskiem jego domu wszystkie względy gasną,
Ale przytérnm cię kocha jakby córkę własną,
Pozłości się, pogdera, a w końcu przebaczy.

Zosia.

Co? — Co mi ma przebaczyć? — co to wszystko znaczy?
Za co wszyscy chcą karać, kiedy ja niewinna?

Paulina.

Ależ oprócz w twém słowie, w czém rękojmia inna?
Miałaś do nocnej schadzki szlachetne przyczyny...
Nikt nie wierzy, ja wierzę, nie chcę szukać winy.
A potém, o mój Boże, czy me serce skałą?
Czyliż nie wiem, młodości jak potrzeba mało,
Aby w różowém świetle swą przyszłość postrzegła,
Aby za pierwszém cackiem jak dziecko pobiegła?
Ach, niema winy, niema ten co sercem błądzi...
Ależ Zosiu kochana świat inaczéj sądzi,
Jego sercem lód, duszą wieczna żądza sporu,
Przed nim pozór — czynem, czyn — niczém bez pozoru.
Co w tobie czuwa, czucia, co do dzieła wiodły,
Jeśli były szlachetne, jakże zgadnie podły?

Zosia.

Strasznie! okropnie!

Paulina.

Zatém wiekiem, sercem młoda
Chwytaj pochodnią, którą doświadczenie poda,
Bo jakkolwiek potężne byłyby twe cnoty
W nieprzebyte bezdenne zabłądzisz ciemnoty.