Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/135

Ta strona została przepisana.


wało mi się znaleźć to, do czego w mojém zupełném osamotnieniu mogłam tylko rościć prawo, to jest do wolnéj, niezawisłéj pracy w kąciku własnym — miłość nie jest tak pewnym doradzcą jak zimny rozsądek i za poradą ciotki postanowiłam pójść za niego.

Stanisław.

Obyś moje dziecie znalazła czego jesteś godną, to ci powiadam z głębi mojego serca. Ale gdybym był kobietą mniéj ładną i mniéj rozumną jak ty jesteś, gdybym był kobietą głupią jak gęś, z nosem jak burak, ustami jak kreda a włosami jak szafran, jeszczebym za tego moralnego Serafina nie poszedł.

Paulina (roześmiawszy się).

Ale zkądże takie uprzedzenie?

Stanisław.

Prawdę mówiąc sam nie wiem — jakiś instynkt ostrzega mnie, odtrąca od niego. Nigdy nie patrzy w oczy, nigdy mowa jego nie wychodzi z harmonijnéj swojéj słodyczy; figura jego kręci się zawsze, raz na prawo, raz na lewo, jakby ciągle równowagi szukał — on mi się wydaje tyrbuszonem co się powoli wkręca i coraz głębiéj wgłębia a zawsze nieustającym zygzakiem. Tak, tak moja Paulinko, szkoda, szkoda ciebie, i jeżeli tylko zdarzy ci się jaka sposobność daj mu odkosza jak najprędzéj, radzę ci to jako twój prawdziwy przyjaciel.