Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/182

Ta strona została przepisana.


co tak chciwie wyciągał pazury po mój majątek — Stanisławie, jakżeś mógł to pomyślać; dusza moja zawsze znieść go nie mogła, nienawidziłam go i nienawidzę.

Stanisław.

Tysiąc pociech! ale przed godziną...

P. Zielska.

Dosyć jednéj minuty, żeby zmienić białe w czarne. Słuchaj mnie, ja inny wielki mam projekt; jeżeli staniesz mi się pomocnym, będę umiała odwdzięczyć ci się hojnie. Szukaj gdzie parę tysięcy dukatów, ja zaraz dziś jeszcze zaręczę, dam ci wexle.

Stanisław.

Dziękuję, dziękuję za porękę i za wexle, ale o cóż idzie?

P. Zielska.

Jest młodzieniec, który... który...

Stanisław.

Który ci się podobał.

P. Zielska.

Ach, bardzo, bardzo mi się podobał.

Stanisław.

Ale Hippolit głuchy, na Fedry miłosne zapały.

P. Zielska.

Jeszcze nie głuchy, bo nic jeszcze uszów jego nie doszło, ale z ust twoich usłyszeć może.

Stanisław.

A tym Hippolitem jest?