Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/205

Ta strona została przepisana.


Filip.

Tać rozumiem.

Kokoszkiewicz.

Z palnéj broni z daleka można palić a bezpiecznie sobie stać. Weź kartki a przechodząc szepnij tam kilku sąsiadkom, że w nocy w ogrodzie z palnéj broni każę strzelać. Wkrótce gruchnie strach po całém mieście.

Filip (odbiera kartki i wychodząc mówi:)

Nic to wszystko nie pomoże i owszem.

Kokoszkiewicz (schylając się do nóg).

Ach, jakże mię te buty gniotą! (nie widząc że Filipa niema) Nabijesz strzelbę drobnym śrótem, drobniuteńkim, byle tam trochę naszpikować.

Filip (wracając).

Pan Marski chce Panu służyć; ma interes i prosi Jegomości, abyś go przyjął.

Kokoszkiewicz (do siebie).

Odwiedziny nieprzyjemne; nie chcę wiedzieć o co idzie, ale raz koniec końców trzeba orzech zgryźć. (do Filipa) Proszę.

Filip.

I owszem.

(Filip wychodzi, Marski wchodzi.)





SCENA II.
Kokoszkiewicz, Marski.
Kokoszkiewicz.

Witam Pana.