Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom X.djvu/079

Ta strona została przepisana.


Barbi.

Źle pewnie.

Baron.

Ależ mam nadzieję,
Że się to dobrze skończy.

Barbi.

Ja nie.

Baron.

Być nie może
Aby mnie zabijano że broni nie złożę.

Barbi.

Ależ Panie Baronie, to stan oblężenia.
Podług rodzaju broni kara się odmienia.
Tak, mniej jest karygodne armaty ukrycie,
Jak narzędzi zdradliwych a to mianowicie:
Szpady w lasce, wiatrówki, zwłaszcza rewolwera,
I słusznie, bo to wrota do zbrodni otwiera
By jedni życia drugich po kieszeniach mieli.
Ot, rewolwer jak figa, a sto razy strzeli.

Baron.

Duszno!.. pójdę do siebie...

(Tu spostrzegłszy kosz nie spuszcza z niego oka.)
Barbi.

Ach Panie Baronie,
Kiedy już jesteś w Pani Pameli salonie,
Nie odchodź, jej nie widząc — przykro by jej było.

Baron.

Tak... tak... dobrze, uwiadom zawsze drogą, miłą,
I szanowną Pamelę, że jej sługa czeka.

(Barbi odchodzi w drzwi prawe — Baron wracając, spieszy do kosza.)