Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom X.djvu/163

Ta strona została przepisana.


Pan.

Ależ moja Pani, to rzecz przeznaczenia; gdyby się było wywróciło na moją stronę, byłbym Panią chętnie i uprzejmie przyjął w objęcie, ale się wywróciło na prawo, musiałem upaść na prawo i troszkę ucisnąć... z wszelką wszakże przyzwoitością, to Pani sama przyznać musisz.

Pani.

I mój biedny kapelusz!

Pan.

Tak biedny! Pani się skarżysz, a ja pewnie do żalenia się więcej mam powodów. Jakaś szpilka... gdzietam szpilka! jakiś rożenek, bekasaby na nim upiekł, z biednego kapelusza wlazł mi w szyję — gdyby nie mój kołnierz podniesiony, byłby mnie przebił na wylot — karkiem ruszyć nie mogę.

Pani.

Już Panu i szpilki szkodzą.

Pan.

Zapewnie, że szkodzą, kiedy kolą. Cieszcie się Panie swojemi włosami, czarne czy białe, rude czy żółte, ale nie przypinajcie waszych perukarskich pakietów ostremi szpilkami, które zagrażają życiu podróżującego obywatela.

Pani.

Ja żadnych perukarskich pakietów nie mam

Pan.

Winszuję Pani. (Długie milczenie.)

Pani.

Ależ ja zamoczyłam nogi.