Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/016

Ta strona została skorygowana.


dostał krzyż i czterdzieści napoleonów. Mało kto w życiu bywał tak mocno tureckim świętym jak ja, a jednak pieniądze jako część nagrody świetnego czynu, nie podobało mi się wcale, — byłem jeszcze młody! Mieć konia mniéj roztargnionego jak mój deresz... mieć dobry płaszcz... (O mój płaszczu biały!) płaszcz przyjaciel w dzień, opiekun, dobrodziej w nocy, kiedy pniaczek za poduszkę, śnieg za materac służy... mieć nareszcie flaszeczkę zawsze napełnioną kroplami pociechy, są to rzeczy arcydobre, tego nikt nie zaprzeczy, równie jak i tego, ze bez tych podłych pieniędzy miejsca mieć nie mogą. Wychodzisz z pod dachu, gdzie wygodnie noc przespałeś... poranek letni... koń twój dobrze nakarmiony i wychędożony strzyże uchem, grzebie nogą... siedzisz na nim ledwie tknąwszy grzywy i strzemienia... Marsz! Wstępujesz do boju. Przed tobą rzeka, za rzeką baterya sypie kartaczami. Za mną dzieci! W Bogu wiara! Rzeka przepłyniona, działa zdobyte, zwycięstwo nasze! Czyn świetny, wart nagrody, ale ty rozwinąłeś tylko przy pomyślnéj sposobności władze, które jeszcze nie tknięte w tobie leżały. Padły na szalę z jednéj strony obawa kalectwa lub śmierci, z drugiéj męztwo rozgorzałe całym ogniem krwi, całém zdrowiem życia, musiała więc obawa ulecić nie objawiwszy się nawet. Ale patrzno na tego co po kilkomiesięcznéj, codziennéj walce z głodem, zimnem i wrogiem odtrąca resztę skopciałego snopka z pod pyska zgłodniałéj szkapy... wznosi się na kulbakę, pod którą ścierwa już niema... odwija szczątki płaszcza... chwyta za rękojeść, którą deszcz zardzewił, szron posrebrzył...