Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/046

Ta strona została skorygowana.


szczęsny Dillon w pięć tysięcy zatrzymał 1792 r. całą armiją Księcia Brunszwickiego. Ztamtąd dogoniłem sztab w Vitry. Te dwa dni zostaną wiecznie w mojéj pamięci, lubo z podobnych nie były ostatnie. Noc ciemna powiększała i niebezpieczeństwo i obawę. Mimo ostrego zimna pot kapał mi z czoła a każde pośliznięcie się tępych podków, grożące zdruzgotaniem ręki lub nogi, uderzało jakby siłą elektryczną mrozem i gorącem od stóp do głowy, od głowy do stóp. I cóż ztąd za zaszczyt, pytałem się nieraz klnąc służbę sztabową. Linia nie lubi sztabu, zazdrości mu tego dachu pod którym często nocuje, a nie wié jak on gorzko, bo bez uznania zasługi, opłaca pozorne wygody.
Jeżeli postyliony we Francyi, gdzie poczta zwykle szybko jeździ, gdzie i w czasie pokoju podróżować konno nie jest nowością, utyskiwały na nasze szalone wyścigi, cóż dopiero w Niemczech a zwłaszcza w Saksonii. Od dzieciństwa słyszałem zawsze użalania się na niczém nie wzruszoną flegmę saskich postylionów, dlatego następujące zdarzenie było dla mnie wielce ucieszném. Posłany byłem do Jenerała Latour Mobourg. Wyjechałem kolasą, jakiéj już w naszym kraju pod denominacyą Skarbnika trudno gdzie znaleźć. Postylion dobrze wykarmiony, w żółtéj kurcie, stósowanym kapeluszu, odpowiadając na wszystko: Schön! i jeszcze raz Schön! usiadł poważnie na koziołku, — łokcie od siebie jakby do Steyera zaokrąglił, — batożek na bok spuścił, — klasnął językiem i ruszył wolnym truchcikiem. Zadziwiło go gdym mu kazał prędzéj jechać a jeszcze więcéj gdy zniecierpliwiony jego nieposłuszeństwem dałem mu do zro-