Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/048

Ta strona została skorygowana.


krzyczał potém ciągle: Franz! Franz! czy się kto pytał, czy nie pytał. Nazajutrz wracaliśmy już powoli i w najlepszéj komitywie. Ledwie jednak nie płakał poprawiając się na Schimlu z boczka na boczek, że taka plaga w analach saskich poczt nie zapisana, na niego nieszczęsnego paść musiała.
Czasem udało się odbyć dobę służby na miejscu, ale czasem wróciwszy z missyi wcześnie, trzeba było i raz drugi ruszyć w drogę. I lubo przysłowie mówi: bis repetita placet, my nie byliśmy tego zdania, dlatego wracając zwłaszcza w nocy a mając ustne jakieś zlecenie, choćby najmniejszéj wagi, staraliśmy się mówić z samym Księciem. Obudzony podniósł głowę kolorowym fularem obwiązaną, wysłuchał, potém zwykł mówić: C’est bien, — allez Vouz reposer. Ten rozkaz, oznajmiwszy Pułkownikowi służbowemu, wypełniało się zawsze z największym pośpiechem i wzorową akuratnością.
Z miasta Troyes, które nie wiem czy po polsku można nazwać Troją, byłem wysłany do Jenerała France. Zastałem go na probostwie. Gdy oddałem expedycyą i powiedziałem co miałem powiedzieć, napiłem się wina i siadłem przy kominku. Wtenczas proboszcz staruszek odezwał się do mnie: Aćian Dobrodzi jesteś Polak? — Gdyby to nie z księdza, byłbym myślał, ze djabeł z niego przemówił. Z dalszéj rozmowy po polsku dowiedziałem się, że jako emigrant, kilka lat przepędził, nie pamiętam w czyim domu, w Poznańskiém. Spytałem go się czy na takiéj ustroni nie lęka się rabunku kozaków? Z uśmiechem odpowiedział mi: Nie boję się kozaków, ja się z nimi rozmówię. — Francuz zawsze Francuzem, — że umiał