Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/067

Ta strona została skorygowana.


rossyjskich huzarów Gagarin (którego nie wiem dlaczego Fain wspomina), moję czarną, jedwabną szlafmicę — wprawdzie nieco podszarzaną, ale on nie miał co włożyć na głowę. Dałem wspaniale, lubo moja garderoba i ruchomości nie zalecały się wielkiemi zasobami, lubo długo potém w nieustannych kursach musiałem mój kapelusz na bakier nasuwać na to ucho, w które wicher gorliwiéj szeptał.
Kiedy wchodziłem do pałacu w Surville, spotkałem na schodach nowo przybyłego Adjutanta Księcia Kapitana Bauffremont, w którym poznałem owego porucznika huzarów, co gdzieś między Freibergiem a Altenbergiem, na rozkaz Jenerała Belliard Szefa Sztabu Króla Neapolitańskiego, dał mi białą szkapę z pod trębacza, bo przybyłem pieszo z pilną depeszą. Dlaczego pieszo? Bo konia nie miałem — rzecz jasna. Zastałem tam Suchorzewskiego, który mnie uwiadomił o klęsce i wzięciu Vandamma pod Kulmem.
Biały koń trębacki zakrawał na kulawego. Gdyby nie jego wiek sędziwy, myślałbym był że figle, kiedy nie potknąwszy się wywrócił się podemną jak długi. Nie zeskoczyłem ja wprawdzie, nawet koń już stał, a ja jeszcze w dół głową wisiałem. Ostrogą krzywą zaczepiłem jakby haczykiem za rzemień mantelzaka. Szczęściem, że Tezeusz nie wezwał Neptuna i Neptun nie podgonił, bo byłbym niezawodnie zginął jak Hipolit, lubo równie niewinny jak i on. Przy Królu Neapolitańskim trzeba było mieć dobrego konia, bo kiedy kolumna jazdy jak potok sunęła się drogą, on przenosił się czwałem z pagórka na pagórek. Obserwował, pozował chętnie, a czasem i nacierał na czele swojéj świty na nie-