Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/071

Ta strona została skorygowana.


kłótnię, krople deszczowe, kurz zbożowy, a obraz będzie dokładny. Nareszcie Rejtan przybywa; niosą za nim siano i słomę, ale je prawdziwie wywalczył, bo nazajutrz rąbie się z francuskim oficerem.
My tymczasem umieściliśmy się dobrze nad wszelkie spodziewanie. Spoczywaliśmy pod sklepieniem mirtów, granatów i pomarańcz. Śnieżny kwiat padał na kulbaki. Woń godna Bogów walczyła zwycięsko z różnorodnym zapachem biwaku. Byliśmy w obszernéj oranżeryi. Ale niedługa rozkosz, a sen jeszcze krótszy. Piesza Gwardya nadeszła. Wyjmują okna, niema co mówić, my mamy dach, słusznie aby oni mieli okna. Ale od łyczka do rzemyczka. Wyjąwszy okna, ciągną ze środka jaką mogą tarcicę, jaki mogą kawał drzewa. Jeszcze nic. Ale nareszcie zaczynają zbijać obręcze z wazonów, wazony brać na opał. Padają Oleandry, Aloesy, Kaktusy i Agapantusy. Bierz je licho — nigdy nie byłem miłośnikiem botaniki, a tém mniéj wtenczas, ale można jakim wykorzenionym Kwektusem albo Cyprysem w łeb dostać. Ziemia się sypie, rusztowania trzeszczą. Koniec końców trzeba było zrejterować się w jeden kąt i tego jeszcze do białego dnia bronić od zupełnego zniszczenia.
Podobne lecz śmieszne dla nas mieliśmy zdarzenie w Perthe, dużéj wsi między Vitry a St. Dizier. W nocy otwierają się drzwi z trzaskiem, hałasem. Jeden z kolegów, co zawsze odosobniać się lubił i nad wygodami przemyśliwał, wpada do naszéj izby. Spodnie pod pachą, buty w jednym, pałasz w drugim reku. Cóż się stało? Co się dzieje? Kozaki czy ogień? — Wcale nie. Nasz kolega wybrał sobie kwa-