Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/081

Ta strona została skorygowana.


zawisła na ostrzu pióra. Otóż tak należałoby postąpić przy opowiadaniu mojém. Należałoby otoczyć mnie jakową poręczą, bo mam brzydki nałóg, a co gorzéj, wątpię abym się kiedy poprawił, zbaczać nieustannie z mojéj ścieżki za lada bławatkiem co gdzie zaświeci. Wjeżdżałem do Michery i jużci skoczyłem trzy lata w bok, sześć lat w tył, jak zając kiedy na ponowie zrzuca przed psami. Nieraz psy rączo goniąc... „Ale Michery! Michery!“... Prawda, Michery. Wjeżdżamy więc w uliczkę wąską, jedziemy nią dość długo, potém wyjeżdżamy na plac, potém znowu wjeżdżamy w uliczkę, a przejechawszy tak wzdłuż całą wieś, którą u nas nazwanoby dobrém miasteczkiem, skręcamy na prawo i stajemy u bramy przeznaczonéj nam kwatery. Był to domek niewielki, murowany, okna kratami opatrzone, drzwi były wąskie i jedne tylko, właśnie prosto bramy i furtki, które także były jedynym otworem w murze wysokim, otaczającym pomieszkanie i stajnię razem, co o kilkadziesiąt kroków na lewém skrzydle formowała z domem kąt prosty. Z tego krótkiego opisu łatwo pojąć, że kto był panem furtki (brama bowiem była zamknięta) był oraz i panem placu. Nietylko mógł wzbronić wyjścia z dziedzińca, ale nawet i z domu, przecinał przytém komunikacyą ze stajnią. Ci zaś co byli w domie, stajni lub na dziedzińcu mieli wysokim murem cały świat zasłonięty.
Zsiedliśmy z koni. W dużéj izbie prosto z dworu przywitał nas dobry ogień na kominie, nad ogniem wisiał kociołek, a na stole stał już dzbanek pełny. Wieczór przeszedł wesoło, nareszcie masztalerze po-