Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/088

Ta strona została skorygowana.


(bo człowiek najgorliwiéj chce to robić, co najmniéj umié), zostałem unaminiter od patelni odsądzony. Mściłem się krytykując — bo krytykować łatwo, a mścić się przyjemnie — bo zemsta niezdolności bliska krewniaczka.
Podjadłszy nieco i napiwszy się jakiegoś kwaśnocierpkiego czerwieniaka, rozciągnąłem się na słomie i smacznie zasnąłem. Jak długo spałem, nie wiem. Pukanie w okno budzi mnie pierwszego. — Qui Vive? — Guide. — Zjedzże diabła! — Podniosły się głowy z pod płaszczów jak kacze łepki na jeziorku, kiedy bliski szmer zasłyszą. Biorę złowieszczą kartkę, trącam nogą przygasłą kłodę, a dobywszy z niéj trochę blasku, schylam się, by odczytać nazwiska powołanych na służbę. Jedno z pierwszych, Capitaine Fredro. — C’est bien, rzekłem do Guida po francusku, a po polsku dodałem: Niech cię piorun trzaśnie! — Trzaśnie czy nie trzaśnie i zapewne nie trzaśnie, bo to Luty, ale zbierać się trzeba. Nigdy zając albo jarząbek na czwartkowym obiedzie u Króla Poniatowskiego nie był tak młodą słoniną naszpikowany, jak był diabłami mój monolog téj nocy. Zakończyłem go wykrzyknikiem: Wolałbym być Kundlem, Brysiem albo Kurtą przy młynie albo karczmie gdzie na Podolu, jak oficerem sztabowym. Miałbym albo mniéj trudu, albo więcéj zasługi.
Przychodzę do salonu służbowego, melduję się Adjutantowi Komendantowi, przewracam nie tracąc czasu krzesło, tak aby poręcz mogła mi służyć za poduszkę... i obróciwszy się parę razy w kółko jak pies co sobie legowisko wytłacza w barłogu, kładę się jak długi. — Streckt die Glieder, und legt sich