Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/104

Ta strona została przepisana.


przynosi. — Jestżeś Waćpan pewny, zapytałem go stawiając nogę na lądzie, żeśmy Moret nie minęli? — Ah par exemple! odrzekł. — No, kiedy: par exemple, idźmy daléj. Szliśmy obydwa, on naprzód a ja za nim, nie bardzo spiesznie, bo ślisko i ciemno. Nareszcie światło z okna i chrapliwe: Qui Vive! uderzyło nas razem w oczy i uszy.
Dla oficera sztabowego, pędzonego ciągle jakby złym duchem po drogach, ścieżkach, manowcach dniem i nocą, zapytanie: Qui Vive! jest zanadto wielkiéj wagi, aby mógł nie znać wszystkich tegoż odcieni. Pędząc z nocnym wichrem jak Der wilde Jäger, częstokroć przez nie wychłódłe jeszcze pola bitwy, woła Qui Vive! do konia, co się o trzech nogach dowlókł do drogi — woła do drzewa, co się opodal czerni — woła czasem do niczego. Ciekawość nieustanna, ale do przebaczenia — i lis po kniei goniony pytałby się: Qui Vive! niezawodnie, gdyby mógł przemówić. Jeżeli nawet wjedzie (oficer rozumie się) na nieprzyjacielską placówkę jego: Qui Vive! staje mu się chwilową tarczą. Alarmuje niem drugich, kiedy sam tymczasem cofa się podług metody zwanéj: W nogi! Dlatego Qui Vive! zawsze ma na języku, dlatego i sposób w jakim je usłyszy odkrywa mu wyraźnie z kim ma do czynienia. I tak: Qui Vive! głośne, przeciągłe, jakby echa wyzywające, oznacza dobrego żołnierza — zdaje się mówić: Stój, bo ci w łeb strzelę“. Wrzaskliwe ale prędko, krótko wyrzucone zdradza rekruta — mówi: „Odpowiadaj czémprędzej, bo mnie tu samemu długo stać nie miło... albo téż: Uciekaj! bo ja ucieknę!“ Chrapliwe nareszcie a grubym głosem wyrzeczone,