Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/109

Ta strona została przepisana.


Marszałka Kellermana. Tyle też widziałem moją klacz i mego kolegę.
Wszystkie te uwagi na moim żandarmskim dromedarze nie wiele mi pomagały. Jak na łyżwach wsuwałem się coraz głąbiéj w rozciągły bór miedzy Moret a Fontainebleau. Wiatr grał po żebrach a zęby dzwoniły. Ani pomyślałem gdzie byłem. Szum drzew nie przynosił fantazyi mojéj ani lubieżnych westchnień dworzanek Królów Francuskich, ani odgłosu myśliwskiego rogu, ani radosnego Halali, któremi niegdyś żyły te sławne lasy, miejsca ulubione królewskich łowów. Kląłem tylko i niema się czemu dziwić. Wojna czyni prozaicznym. Przeszłość jest to pole po którém żołnierz nie lubi harcować i przyszłość, prawdę mówiąc, nie chętnie zmierza — kortyna za blisko — jutro nie jego — trzeba się czasem i z diabłem podzielić. Czas więc obecny żywiołem żołnierza — jak ryba, co się w ziemię nie spuszcza, ani wznosi w powietrze, ale pląsa po wodzie, w nim on się zwija i w nim żyje. Co mam, trzymam, czego nie mam, biorę — co było, to było — co będzie, to będzie... A ty ruszaj szkapo, bo mi zimno kaducznie, bo już noc na schyłku, bo już widzę i cel mojéj podróży.
Jenerał komenderujący już nie spał — może wyszedł ze szkoły mojego niegdyś Pułkownika Kurnatowskiego, który mi mawiał: Ech! Adjutant-Major nigdy spać nie powinien. — Przyjął mnie uprzejmie, poczęstował winem i prędko wyprawił. Potem obudziłem Burmistrza. Zerwał się od żony szczękiem pałasza przestraszony, a mnie niegodne uczucie głasnęło po sercu, że mogłem kogo z wygodnego wy-