Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/119

Ta strona została przepisana.


był nad brzegiem piekła krzyknął: Za mną dzieci!... W piekło skoczonoby za nim. W innych zaś chwilach życia urzeczywistniał wyobrażenie wyniosłych, czystych i pięknych cnót rycerstwa. Kwileckiemu, który paszkwil napisał na całe towarzystwo warszawskie, rzekł: „Masz szczęście, żeś mnie w nim umieścił, bo bym téj niegodnéj czynności pewnie nie przebaczył.“ Wejrzenie jego było nad wszelkie pojęcie ujmującém, głos przyjemny, uśmiech pełen duszy, pełen wymowy — ten kogo nim obdarzył zdawał się słyszeć słowa pociechy i zachęty: Znam cię... dobrze bracie... Honor i Ojczyzna! — Poznałem go w Trześni pod Sandomierzem.
Granatowy półfraczek na jeden rząd płaskiemi metalowemi guzikami zapięty. Pałasz na czarnym rzemieniu przez plecy przewieszony. Łeb rudy, a na łbie kapelusz stósowany składany, zwany Claque, z ogromną białą kokardą... Takim byłem, tak mnie maluj, kiedy 1809 roku pierwszych dni Czerwca wysłano mnie ze Lwowa, abym zamawiał konie dla Deputacyi Galicyjskiéj jadącéj do Księcia Józefa, którego głowna kwatera była podówczas w Trześni pod Sandomierzem. Figura moja musiała być ucieszną, trudno temu zaprzeczyć, zwłaszcza ten przeklęty kapelusz balowy dotychczas, jak zgryzota sumienia mąci sny moje swobodne. Z tém wszystkiém, honorem mogę zaręczyć, że z wielu kuryerów, posłów, ambasadorów, których w późniejszém życiu widzieć mi się zdarzyło, żaden nie miał tak buńdziucznéj, tak szeroko tryumfalnéj miny, jak ja, aspirant podporucznikowstwa na chłopskim wózku rozparty. Żaden nie gromił wejrzeniem wszystkiego, co