Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/140

Ta strona została przepisana.


któż byłby dał wiarę? Któżby kiedy chciał i wysłuchać uniewinnienia?... Kto mógł zawyrokować? Zerwaliśmy się, jak to mówią ptaszkiem. Seweryn dopadł konia i cwałem pogonił. Ja zaś jako indywiduum nic nie znaczące w europejskiéj równowadze, uważałem zdarzenie z własnego tylko stanowiska, a którém tym razem było błoto przed progiem zaklętego domu o zielonych kotarach, błoto sięgające wyżéj ostróg. Myślałem co począć, bo jak nie myśleć i podniosłszy głowę patrzałem w górę jak gracz wistowy, kiedy chce przypomnieć sobie czy siódemka jest Carte-fortą albo nie. A że ile razy spojrzę w niebo, tyle razy kichnąć muszę, więc kichnąłem raz jeden i drugi i wpadając w odwrotną ostateczność wlepiłem oczy w ziemię... Nie powiem jak gdybym chciał ziarnka piasku przeliczyć, bo było błoto, ale raczéj jak gdybym, niby ów Narcys zakochany w sobie, przeglądać się w kałuży. W tém połysk nadziei budzi mnie z odrętwienia: Może Onufry czeka z końmi! Pędzę szukać koni i tym razem na prawdę... O jakże bolesna i bliska kara za moje kłamstwo!... Szukam i nie znajduję... nie było się więc dłużéj czego wahać — przechodzę bez zwłoki i awansu do piechoty i ruszam w drogę.
Ktoby mnie był widział jak pałasz pod lewém ramieniem, kapelusz na bakier, skakałem z razu z kamyka na kamyk, byłby mógł myśleć, że ja w Lublinie idę na wieczór do Jenerałowej Kameneckiéj, gdzie mnie czekał przyjazny uśmiech panny Anieli i pantofel... Nie pantofel turecki, a mniéj jeszcze żydowski, ani téż figurycznie wzięty jako matrymonialne jarzmo, ale pantofel gra w karty,