Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/152

Ta strona została przepisana.


końcu kurytarza, gdzie od kilku miesiący reszta winowajców czekała wyroku. Tam z wybladłych i zarośniętych twarzy wytrzeszczone oczy wlepiły się we mnie, jakby własny słuch wyprzedzić chciały. Przeczytałem: Ośm lat więzienia w kajdanach. Jeden tylko jęk odpowiedział, jęk głęboki, przeciągły, którego nie zapomnę póki żyć będę.
Nazajutrz na placu przed Kapucynami, tam gdzie teraz pałac komisyi wojewódzkiéj, czyli raczéj niestety guberskiéj, odczytałem raz jeszcze wyrok z konia w obec oddziałów z różnych pułków zgromadzonych na tę okropną uroczystość. A gdy konia zwróciłem, huknęły wystrzały jakby jeden. Wyrok został spełniony.
Głodny za kartofie... biedny za pięć złotych!... Śmierć! Więzienie!... Konieczność! Konieczność konieczna wyparta zbiegiem okoliczności. Okoliczności zatém jak kostki... jak padną, taka liczba... Ale kostkami gracz ciska, a okolicznościami niewidoma ręka... i dopiero wtedy dowiadujemy się o grze, kiedy już za nią płacić trzeba.
Drugiego dnia po téj przeprawie byłem blady, nic nie jadłem,... trzeciego byłem smutny, nic nie jadłem, a czwartego wieczór grałem u Jenerałowéj Kameneckiéj w Pantofla, Jakóbka i Ciuciubabkę.
Ach, Ciuciubabka! Któż z nas nie grał w Ciuciubabkę? Bo któż nie był młodym? Ileż to w niéj wspomnień, od kolebki prawie, swawoli, guzów, śmiechu i płaczu!? W Ciuciubabce byłem bieglejszy niż niegdyś w gramatyce, niż potém w raporterstwie... i to o bardzo wiele. Ale ta biegłość wzbudzała oklaski, oklaski miłość własną, miłość własna