Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/156

Ta strona została przepisana.


starałem się stawać, ale rozerwane a sklejone nie trzyma się długo... nawet małżeństwo, a cóż dopiero...! Folgować więc zaczęły, na piękne, tak że koniec końców, obliczywszy i długi musiałem konia sprzedać... bo łatwiej się obejść bez jednego konia, jak bez jednych spodni, a nie wiem czy już powiedziałem, że byłem zawsze goły jak święty turecki.
W pułku jazdy zbytkowo ubranym, a rzadko kiedy płatnym, miałem z domu wszystkiego sto dwadzieścia dukatów rocznie. Kiedy nadeszła półroczna rata, spłaciwszy z niej dłużki, pożyczywszy nieco kolegom i potraktowawszy trochę, nie wiele się zostawało. Było to właściwością owych czasów prawdziwego koleżeństwa, że nikt się nie troszczył, jeżeli grosza nie miał w kieszeni. Nikomu na myśl nie przyszło odmówić koledze obiadu, sukni nawet butów w nagłéj potrzebie.
O dwóch złotych przyjechałem do Lublina jako członek sądu wtórego, ale ledwiem wyszedł na miasto, spotkałem kolegę, który po zwykłém przywitaniu zaraz zapytał: „A ty pewnie goły?“ — „A jużci“, odpowiedziałem. — „Przychodźże do mnie na obiad.“ „Dobrze.“ — Tym kolegą był Franciszek Komorowski, najlepszy człowiek, ale najgorszy żołnierz. Będąc wujem Pani Adamowej, został Kapitanem od razu w pułku jéj męża. Kiedy się rozgniewał na żołnierza, co się rzadko zdarzało, nazywał go Gamułą, nazwano go téż i jego samego Gamułką. Żadnéj komendy nigdy nie mógł pojąć. Stojąc odwrócony do frontu swojéj kompanii, komenderował podług swojéj ręki w prawo albo w lewo, dlatego kiedy zwrócił konia, kompania maszerowała prosto