Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/162

Ta strona została przepisana.


knąłem śniadanie. Szedłem ze wstydem w hurmie trainardów, których rój zwykł bezpośrednio poprzedzać ariergardę. Ich pstra, swarliwa, rozwlekła kolumna rozszerza się i niknie prawie wstępując do wsi, jeżeli się jaka trafi na saméj drodze. Każdy jak pszczoła, a raczéj jak szerszeń, szuka gdzieby mógł jeszcze swój dziób zapuścić, aby czego zaczerpnąć, a za zbliżeniem się bębnów albo wystrzałów, kolumna wysuwa się ze wsi kończato i znowu jak leniwy strumień płynie dalej drogą.
Kiedy tak idziemy moitié promenant, moitié chassant, jakiś szmer, jakieś poruszenie od czoła wzdłuż przechodzi. Słowo elektrycznéj siły budzi i kurczy kolumnę w jedną dziesiątą część jéj pierwotnéj rozciągłości — tém słowem było: Cosaques! A raczéj podług wymowy konskrypcyonistów francuskich Cousaques!
Żołnierz francuski dzielny w boju, rzadko kiedy wypełnia rozkazy jako ślepa część całości, ale zawsze jak myślące indywiduum. Nikt nie zgadnie w ilu francuskich tornistrach leży patent na Pułkownika, Jenerała albo i Marszałka. W armii francuskiéj nie ma żołnierza, któryby tak jak w rossyjskiéj lub austryackiéj uważał rangę oficerską za niepodobną do osiągnienia. Ale ta sama indywidualność chwalebna w boju, gdzie zwykle więcéj dusza niż ręka zwycięża, staje się w obozie i w marszu, a zwłaszcza odwrotnym, trudną do ujęcia w karby dyscypliny zapewniającéj trwałość szeregom. Wojsko francuskie trzeba aby szło z boju w bój, inaczéj rozpływa się, niknie, nie tyle w ogniu, ile przez ciągłe odstępowanie sztandaru w celu osobistéj korzyści.