Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/163

Ta strona została przepisana.


Póki armia posuwa się naprzód, wlecze się za nią na parę mil wszerz chmura maroderów i trainardów, najwięcéj demontowanych kawalerzystów na krajowych szkapach, wózkami albo i pieszo. Od czasu do czasu, przy przejściu jakiego miasta lub rzeki, wysłani oficerowie sztabowi zatrzymują taką kolumnę, porządkują i odsełają do właściwych pułków. W Saksonii byłem świadkiem jak sam Cesarz tém się zajął i przy sobie kazał z furgonów nową broń bezbronnym rozdawać.
W odwrocie armii maroder, to jest żołnierze, którzy oddalają się bez pozwolenia, wpadają po największéj części w ręce nieprzyjaciela. W Staréj Gwardyi maroda była karana przewróceniem munduru do góry podszewką. Przy końcu, gdy już wszystko rozprzęgać się zaczęło, widziałem ariergardę pułkową jak strzelała do oddalających się grenadyerów.
Dla Francuza Kozak jest najnieznośniejszy. Francuz mówi do Kozaka: „Daj mi zgotować moją zupę, bo bez zupy obejść się nie mogę, a potém bić się z tobą będę póki zechcesz.“ Kozak zaś odpowiada: „Bić się nie lubię i nie będę, ale nie dam ci ani jeść, ani spać, póty póki strudzonego nie schwycę bez niebezpieczeństwa.“ Francuz lekkomyślny, Kozak roztropny. Francuz nie dba i o życie, jeżeli je ciągłą strażą i ciągłym postem chronić trzeba. Kozak i trzy dni jeść nie będzie. Byle miał kawał chleba nie stoi o gotowaną strawę, wszystko zniesie byle niebezpieczeństwa uniknąć. Francuz porzuca swoją kolumnę, idzie sam nie wié gdzie, ni którędy powróci. Kozak ma niepojęty talent orien-