Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/167

Ta strona została przepisana.


daremnie. Truchcika tylko mógł wydusić, a z tyłu za nim wrzawa coraz głośniejsza, bieda coraz bliższa. Nareszcie nieborak udaje się do ostatniego środka, do tego, który na nim największe robił wrażenie, chce nim konia zelektryzować — schyla się na kark, przybliża usta do ucha końskiego i krzyczy grubym głosem: Cousaques! Cousaques!... Ale koń zamiast dernąć, nie czując już ostróg, stanął nagle, a Francuz przez łeb zleciał. Co się dalej stało nie wiem.
Wszystko to, co miałem honor powiedzieć, tłumaczy dlaczego między Gotha a Eisenach słowo Cousaques! wyrzeczone na czele, a dwakroć powtórzone z tyłu, skurczyło nagle, jak mówiłem, kolumnę trainardów, czyli po polsku mówiąc włóczęgów. Na górze po prawéj stronie, blisko wierzchołka stał w saméj rzeczy oddział może dwudziestu Kozaków i patrzał na nas, jak patrzy kot ze strzechy na wróble, czekając sposobności rzucenia się na nie. Ale w naszéj kolumnie były karabiny tu i owdzie, a karabina Kozak decydowanie nie lubi, — było nas i za wiele, gra nie pewna. Ograniczyli się więc na obserwacyi, konwojując nas wzdłuż drogi, a zawsze daléj jak wystrzał mógł sięgnąć. Że zaś nikt nie mógł zgadnąć, czy za każdym pagórkiem niema ich więcéj, podróż nasza straciła wszelką swobodność. Nareszcie kto idzie, dojść musi, jeżeli nie z zagrzęźnie jak Skrzynecki, a więc i ja doszedłem do Eisenach, spocony, zabłocony, w wykrzywionych butach i o jednéj ostrodze. Biegną czémprędzéj do salonu służbowego. — „Mój płaszcz? mój płaszcz biały?“ pytam, wołam — nikt nie wi-