Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/169

Ta strona została przepisana.


Zła to zawsze sprawa słabszego z mocniejszym. I nie każdy mocniejszy, tak jak ja w tym razie, wyrzuca sobie popełnioną niesprawiedliwość. A choćby ją sobie i wyrzucał, czyliż jego żal, jego zgryzota sumienia zagoi ranę, którą w drugiém sercu wyżarła zjadliwa trucizna niesprawiedliwość. Przejdźmy myślą nasze życie; wszystkie w niém zawarte cierpienia przeszły w mniéj więcéj żałosne wspomnienia, ale niesprawiedliwość doznana choćby to w dziecinnym wieku, choćby za fraszkę, pozostaje zawsze świeżą boleścią, zawsze zarodem goryczy, która się rozlewa przy każdéj sposobności. Jest ona w duszy jak owa plama wilgoci na murze, trwa ciągle, lubo nikt nie wié, kiedy i zkąd uzbierały się krople, co ją utworzyły. Są niesprawiedliwości, które na nas spadają jak piorun, jak owe uderzenie Onufrego, od osoby do osoby, ale są i niesprawiedliwości ciągle, powoli nas otaczające, niesprawiedliwości, które jakiś fatalizm zamknięty w naszéj indywidualności zdaje się ściągać na nas.
Ileż to razy dysekowałem moralnie sam siebie, porównywałem z drugiemi, starałem się dociec dlaczego zawsze od wszystkich prawie źle byłem zrozumiany. Każde moje słowo najprostsze, najwyraźniejsze w najobojętniejszéj rozmowie, przybierało w drugiego pojęciu znaczenie inne, jak miało w istocie, a zawsze cierpkie, zawsze ubliżające. Listy moje, zwykle niedbale pisane, stawały się dla mnie powodem niejednej głębokiéj boleści, bo podpadały rozbiorowi jakby jakie enigmatyczne zadania, tłumaczono je, a zawsze na złe, nigdy na dobre. A jednak wadą moją jest i było, że głośno myślę, że