Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/171

Ta strona została przepisana.


wypchnięty pielgrzymie! Każdy dojdzie kiedyś do swego Eisenach, ale czy płaszcz znajdzie, to wielkie pytanie.
Skończyłem smutną historyą mojego białego płaszcza. A teraz powiem, jak podobnoś przyrzekłem, co się działo w Galicyi 1809 roku.
Znał kto z Waćpaństwa Dobrodziejstwa Pana Stecewicza? — Nie? — Szkoda... Był to dobry człowiek, miał wzrost ogromny, nos duży, rzadkiej wielkości nogi, koszule zawsze brudną i część ubioru nieodzownie potrzebną zawsze podartą. Dlatego zapinał surdut aż pod szyję i siadał wąsko. Był on dyrektorem alias pedagogiem moich młodszych braci. Teraz już dyrektorów niema, sami guwernerowie, ale onego czasu Pan Stecewicz był dyrektorem, guwernerem zaś Pan Płachetko, na drugi zawód w domu naszym. Dwie osobliwości łączył on w sobie, pierwsza że był guwernerem Polakiem w owym czasie zatapiającéj nas francusczyzny, a druga, że brodę golił bez źwierciadła. Poważna to była figura Pan Płachetko, ale można było o nim powiedzieć, przekręcając znane przysłowie: Nie tak mądry jak się zdaje. Boską to były plagą owe guwernery, chodzące Wszechnice. Guwerner dawniéj brał obowiązek kształcenia duszy i ciała. Uczenia przytém kilku języków, wszystkich wiadomości i niektórych innych. Udzielał często nauki muzyki i rysunku, a co najdziwniejsza, że czasem sam mało co umiał. Z rozbiorem Ojczyzny zamknęły się narodowi Polskiemu właściwe mu rodzinne szkoły. Powstały obcym językiem uczące obczyzny. Kto tylko był w stanie, wychowywał dzieci w domu, do czego stali się wielce pomo-