Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/176

Ta strona została przepisana.


w domu, dzieci narzekają, że niedziela przejdzie bez balu. Michał obiecuje im dostać śliwek, rodzenków i t. d. Ubiera się w prześcieradło, jak to zwykle wystawiają duchów i idzie do śpiżarni straszyć Szafarkę. Szafarka przestraszona kryje głową w beczkę z mąką, Michał ładuje kieszenie nie tyle dla dzieci, ile właściwie dla siebie. A w tém... otwierają się drzwi... wchodzi Pan... Kolej na Stracha przestraszyć się... Michał kryje głowę w drugą beczkę. Rozwiązanie następuje prędkie i jasne, zamknięte nareszcie sensem moralnym.
Widzicie więc moi Państwo, że komedya nie była bez planu i pewnie byłaby i nie bez efektu scenicznego, gdyby była przedstawiona w teatrze. — Szkoda!
Byt w naszym domu nauczyciel muzyki Mikołaj Matłowski... poczciwy, dobry Matłowski... Dziwną miał zaletę, mógł kilka godzin siedzieć wyprostowany na jedném miejscu i nic nie mówić i nic nie robić jak tylko od czasu do czasu zażyć tabaki i utrzeć nosa w kraciastą chustkę z wymaganym rozgłosem. Jego wybrałem na słuchacza tém śmieléj, że obawa, która mnie w ciągu całego życia nie odstępowała, abym kogo nie znudził, nie mogła względem niego mieć miejsca, bo w niczém nie naruszałem jego moralnéj i fizycznéj nieruchomości. Poczciwy Matłowski uśmiał się serdecznie z konceptów Michała. Pokochałem go za to jeszcze więcéj niż go kochałem i odwdzięczając jego pochwały przestałem brać od niego lekcye na fortepianie. Nie mały z niego zdjąłem ciężar. Cztéry lata uczyłem się i nigdy zrozumieć nie mogłem, czego właściwie żądają odemnie.