Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/181

Ta strona została przepisana.


dziwienie nasze, kiedyśmy spotkali między Mościskami a Przemyślem mnóstwo fur z wielkim pośpiechem jadących. — Zkąd? — Z Jarosławia. — Dokąd? — Do Lwowa. — Co wiozą? — Mąkę. Jeden chłop stary śmiejąc się odrzekł na nasze zapytanie: „Ne choczut Nimci chliba isty.“ — W to nam graj! Ruszaj, aż koła furczą. Daléj widzimy na wozach i paki i kufry i tłumoki, a gdzieniegdzie żołnierz patrzący za siebie dowodził, że to były rupiecie wojskowe. Wszystko to miało taki pozór ucieczki, żeśmy się spodziewali ujrzeć co chwila ułanów polskich. Ale jeszcze godzina nie była wybita.
W Przemyślu niby cicho, niby spokojnie. Wojska jak wymiótł. Jakiś ruch tajemniczy objawia się przecie. Dowiadujemy się, że nieprzyjaciel pod Jarosławiem, ale ten nieprzyjaciel nie straszy, bo trwogi ani znaku. Po ulicach dużo ludzi, nie stoi, nie idzie — drobne gromadki ciągle zbierają się i rozchodzą. Poznać oczekiwanie, ale oczekiwanie czegoś ciekawego, a nieprzykrego wcale. Każdy stąpa jakby bał się kogo spłoszyć, każdy mówi cichym głosem jakby nie chciał obudzić, każdy się uśmiecha a marsa stawia. Jakiś duch sercem tylko odgadnięty przebiega, dotyka, porywa, wznosi w niebo nadziei. Ach, nie umrze, nie doznawszy największego szczęścia ten, którego owionął, choćby tylko na chwilkę, ten upajający, rozkoszny, podwajający każde uderzenie tętna, ten pierwszy podmuch wolności — wolności! Oswobodzenia! Pierwszy połysk światła słonecznego, co wpadnie przez wyłom do podziemnego więzienia. Ileż to lat upłynęło, ile marzeń spełzło jak mgła poranna, ileż rzeczywistości wyśli-