Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/185

Ta strona została przepisana.


i błogosławieństwa przesunęło się cicho... ale pewnie macierzyńskich najwięcéj. Pada do nóg rodziców, skłania uwieńczone skronie, włos rozpuszczony skrapia rzęsistemi łzami... Ach, jakaż jéj przyszłość?! Tak młodéj, tak świeżéj, tak pięknéj! Życie takie długie!... Ale czas mija, przemija i znowu tam stanęła i córkę odrywa od serca i wiedzie przed ołtarz... I znowu ta córka błogosławi syna. Godziny, lata, pokolenia przepędzają jak obłoki wiatrem parte najczęściéj bez śladu i pamiątki. Życie westchnieniem, szczęśliwym... przestrogą — cierpiącym pociechą... Niema już kaplicy w Nienadowie... Dom nowy... Mój wuj nie żyje...
Suchorów, gdzie się urodziłem, zkąd raz wywieziony na ręku piastunki, już nigdy nie wróciłem, leży przedemną jak obraz w śnie kiedyś widziany — Nienadowa taka jaka była, aczkolwiek zamglona została lubém dla mnie wspomnieniem. Ale świat mego dziecinnego i młodocianego wieku cały w Beńkowéj-Wiszni. Długie tam dnie, długie tam pory roku, bo kiedyż dłuższe jak w dzieciństwie, nie odgrzebuję w pamięci, ale dokładnie pamiętam.
Dom tam moich rodziców był to dom prawdziwy polsko szlachecki, zamożny bez zbytku, cichy a gościnny. Długi tam stół bywał. U góry siadywał mój ojciec, jak to mówią na pierwszém miejscu, kiedy gości nie było, po jego lewéj stronie Major Biegański, adjutant Kościuszki, potém Jenerał, od upadku aż do wskrzeszenia Ojczyzny bawił w naszym domu. Człowiek rzadkiéj poczciwości i do śmierci prawdziwy i gorliwy nasz przyjaciel. Po prawéj stronie ojca najmłodsze z dzieci obok matki. Za matką