Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/186

Ta strona została przepisana.


Ludwisia, Kostusia i panna służąca; naprzeciwko Maxymilian, najstarszy z rodzeństwa, guwerner, nauczyciel muzyki Matłowski, rysunku Romanowski, a czasem tańcu Kurc i fechtunku Frik von Lindenfeld głuchy. Dalej Seweryn i ja, a niżéj Smólski, Lesiecki, Orzechowski kulawy, szlachta oficyaliści. Bo lubo dom był szlachecki, jednak nigdy szary koniec u stołu nie był bez kilku dworzan. Dwa razy do roku 2go Lipca i 17go Sierpnia w dnie imienin rodziców zjazd bywał wielki. Obiad w ogrodzie pod lipami... bal noc całą... illuminacya... były nie małém szczęściem dla dzieci. Raz, że kilka dni upiekło się bez lekcyi, powtóre, że wszyscy mężczyźni jakby obozowali w zrostowni przy browarze. I sukienki nowe i muzyka z Rudek i ciasta z cyframi, wszystko to było celem oczekiwania i wielkiéj radości.
Co niedziela zajeżdżała ogromna poczwórna kareta sześcio kasztanowatemi końmi — furman Sobek i foryś Fedzio w spencerach, spodniach łosiowych, o okrągłych kapeluszach, niby po angielsku. Za karetą szedł kocz poczwórny, równie ogromny cztérma końmi. Dla młodzieży przyprowadzał konie i kuce stary Stanisław, rzadko trzeźwy, w palonych butach i stósowanym kapeluszu ze srebrnym galonem, tak jak wszyscy lokaje. Jechaliśmy na mszę do Rudek, ale czy my chłopcy umieliśmy pacierz, o to — ledwie do wiary — nikt nigdy się nie spytał. Drwiono sobie przy dzieciach z wszelkiéj oznaki religijności. Nie być Esprit fort znaczyło tyle, co być głupcem na wielki kamień. Taki był duch czasu i to powszechny.