Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/198

Ta strona została przepisana.


swobodnego a tęsknego razem, tak stosownego do téj poważnie milczącéj natury gór, że wrażenie, które od pierwszego razu na mnie zrobił najmniéj się nie starło. Odgłos téj trąby jest zawsze dla mnie prawdziwą rozkoszą, teraz może i większą niż wówczas, bo za każdym tonem leci krocie wspomnień. — Łapaliśmy pstrągi i kiełbiki, przechodziliśmy rzeczki skacząc z kamienia na kamień, a jeżeli się czasem noga ześliznęła, było to powodem do śmiechu bez końca. Zwiedzaliśmy szałasy po odległych górach, gdzie nas częstowano bundzem i bryndzą. Byliśmy przekonani, że w każdym parowie musi być przynajmniéj jeden niedźwiedź. W tém mniemaniu utwierdzał nas poniekąd Pan Zajączkowski. Bał on się niedźwiedzi nie powoli. Powiadał nam, że przyszedłszy raz zamyślony nad jednę kładkę i podniosłszy oczy ujrzał z drugiéj strony rzeki, idącego do téj saméj kładki, zapewne w zamiarze przejścia przez nią ogromnego niedźwiedzia. Jak był ogromny niedźwiedź nie potrzeba mówić... rozumie się, że jak wół, jak kopica siana i jaka jeszcze kopica!... rozumie się także, że się Pan Zajączkowski przestraszył i że krzyknął, jak żaden jeszcze Zajączkowski nie krzyczał. Niedźwiedź zdziwiony, bo zapewne o czém inném myślał, wzniósł się na zadnich łapach a przedniemi klasnąwszy parę razy zszedł na bok i zostawił wolne przejście, z któréj to jednak grzeczności Pan Zajączkowski nie uznał za potrzebne korzystać i łącząc odwagę z roztropnością wrócił spiesznie do domu. Od tego czasu, mówił, bez szabli przy boku nie wyjdę z dziedzińca.