Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/200

Ta strona została przepisana.


na uszyjku z drugiéj strony łąki. W tém słyszę strzał w górze, a wkrótce potém moje goście zadychane wypadają gęsiego na łąkę krzycząc: Niedźwiedź! Niedźwiedź! — Ostatni bez czapki i bez strzelby, jak trup blady, Komisarz Cyrkularny, a za nim... aż chrusty trzeszczały... aż ziemia dudniła... Co? — Biała kobyła. — Cóż się stało? — Biała myśliwska kobyła uwiązana w gąszczu, spłoszona strzałem, a jeszcze więcéj kapelą wiodącą niedźwiedzia, urwała się i puściła ku domowi na dół drożyskiem. — Nie czekał jéj Kreiskomiser, krzyknął: Gwałt! i daléj w nogi. Niżéj stojący amator podobnie wrzasnął i dernął — tak i cała linia wysunęła się następnie na łąkę ścigana białą kobyłą.
Takie i podobne opowiadania wielce nam się podobały, ale jeszcze wiecéj dykteryjki różnego rodzaju Krzyżanowskiego. Jak sobie teraz przedstawię tego Krzyżanowskiego, a pamiętam go bardzo dobrze, był on może ostatnim exemplarzem dworaka, pieczeniarza, wyjadacza dawniejszych czasów. Przyjechał konno, torba borsucza i strzelba przez plecy — harap w ręku. — Niewielki, krepy, włos szpakowaty, mowa chrypliwa. — Pół błazna, pół szlachcica, wszędzie był domowym. Nigdy nie opuścił okazyi prosić o korczyk zboża, faskę bryndzy, kawał skóry i czy otrzymał czy nie, zawsze z uśmiechem ścisnął kolano Jaśnie Pana. — Komu w nocy napuścić os do izdebki, komu włosienia nastrzydz na prześcieradło, komu jaj w buty nakłaść? Krzyżanowskiemu. Kogo rano do sieni w koszuli wyciągnąć, kogo pytką wybić, kogo poczęstować piwem z wodą zamiast wina, a wodą zamiast wódki? — Krzyżanowskiego. —