Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/209

Ta strona została przepisana.

łatwo po kamienistém polu. — Głowa w dół spuszczona, ledwie nie z olstrami w równi, sylabizował rozmaite hieroglify, z których się nareszcie doczytał, że jego przeciwnik zaraz z wody ruszył z kopyta — galopował aż pod las, tysiąc może kroków od brzegu — tam stał, słuchał pewnie czy pogoń nie pluszcze po Sanie, albo czy krzemień nie tętni pod podkową na drodze z miasta. Potém skręcił na łączkę i ujechawszy paręset kroków, zsiadł z konia i uwiązał go do drzewa. — Przy bliskim strumyku leżał cybuszek rogowy i długa szmatka. Z łączki wrócił do konia i jechał pomału po pod las tęgi kawał aż do drożyny wiodącéj w lewo w las. Tu ślady stawały się coraz rzadsze, gdzieniegdzie tylko kamyk usunięty, albo korzeń zdarty ocelem wskazywał z kilku dróg a raczéj ścieżek, którą pojechał. — Nareszcie zginął wszelki ślad. — Daremnie Kitajgrodzki ze swojemi ludźmi, jak wprawni objezdnicy, zakładali na prawo i na lewo — daremnie przecinali drożyska i łąki — na każdéj mokrzawie na klęczkach szukali najlichszego znaku — ślad jak zginął, tak zginął. — Już było i z południa — popasiono konie w Piskarowskiéj karczmie i straciwszy wszelką na teraz nadzieję dojścia złoczyńcy, ruszono ku domowi. Wyjechali z lasu i z przykréj spuszczali się góry, kiedy jeden odezwał się do drugiego: „Byłbym przysiągł, że dzisiaj Sobota.“ — „A jużcić nie Niedziela!“ odpowiedział drugi i tak głośno się roześmiał, że Kitajgrodzki jadący przodem, zapytał się: „A czego ty się tak śmiejesz Szymonie?“ — „Jakże się nie śmiać, kiedy Józef tak się tego Wulfa przestraszył, że zapomniał, że to