Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/212

Ta strona została przepisana.


gątami założone, jako pomnik owéj strasznéj katastrofy, która pewnie przejdzie z ust do ust, aż do najdalszéj potomności téj arendarskiéj rodziny.
Wszedł Pan Kasper Brześciański, dziedzic cząstki Ustianowej. — Miał na sobie kapotę zieloną strzeleckiego koloru — pas skórzany z klamrą. — Torba i strzelba przez plecy — czapka ze siwym barankiem na bakier. — Zawsze pieszo podróżował, bo jak miał swoje konie i bryczkę, zawsze kazał prosto jechać... A że prosta droga nie wiedzie do celu... więc w pierwszym potoku musiał zostawiać połamaną bryczkę. — Był to piękny mężczyzna, wysoki, twarz piękna, wąs czarny, oko łagodne. — Przywitał się z moim Ojcem po przyjacielsku i rozmawiał czas jakiś tak rozsądnie, że ja z Sewerynem zawiedzeni w nadziei naśmiania się z waryata, już chcieliśmy wyjść na podsienie, kiedy słowo: Interesa, zdało się dotknąć go drutem elektrycznym i zgasić nagle pochodnią rozumu, a otworzyło razem wrota gradowi słów bez żadnego związku. Domowe niezgody obłąkały jego rozum w kwiecie młodości.
Widoczne dramata na powierzchni świata przejmują nas litością albo zgrozą. — Ach, gdybyśmy zoczyć mogli te liczne dramata, co się toczą w głębi serca, a cicho, a cicho... których tajemnicy strzeże nieszczęsny, jak skarbu najdroższego a skarbu nieprzebranéj swojéj boleści, których ogrom Bóg tylko jeden ocenić może, a świat nie przeczuwa nawet.... i które nareszcie rozsadzają łono, albo męcą rozum.... O, jakże często płakalibyśmy krwawemi łzami śród tego kwiecistego świata!