Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/215

Ta strona została przepisana.


Ojca, że wziąwszy nas z sobą, poszedł do niego na wieczerzę. Został mi w pamięci ryż przysypany cynamonem, a jeszcze bardziéj zdarzenie, które mu towarzyszyło. Już mowa z niemiecka naszego gospodarza łechtała nas niepotroszę, chęć śmiechu brała nas na tortury... A cóż dopiero nie stało się z nami, kiedy Pan Inspektor wziąwszy kieliszek: „Za strofie laskafego gościa!“ podniósł się, ukłonił, a siadając chybił krzesło o połowę, chwycił się stołu i niepewność długo trwała czy wróci na krzesło, albo czy wleci pod stół. — Cała serweta w usta wpakowana, nos ściśnięty, wejrzenia Ojca nic nie pomogły, trzeba było koniec końców parsknąć śmiechem. — O, śmiechu! Jak ty luby jesteś starości, kiedy zagrasz w dziecinném garełku, tak szczérze, tak dźwięcznie! Rozciągasz wesołość wkoło siebie i na sam smutek. Porównać cię można do Jutrzenki, co swój uśmiech różany rozciąga i na zwaliska i na zbutwiałe drzewa i na pochylone krzyże cmentarza.
W kilka lat potém, 12go Stycznia 1806 r., dzień mroźny zabielał na wschodzie. — Świece po pokojach w Beńkowéj-Wiszni tlały czerwono... nikt ich objaśnić, nikt pogasić nie myślał. — Pojazdy stały przed oknami... pakowano spiesznie... Dzieci zbite w gromadkę płakały, bo i starsi płakali, a płakali rzewnie. — Ojciec opuszczał swój dom, bo przed godziną ostatniem westchnieniem ostatnie dała nam błogosławieństwo najlepsza, najtroskliwsza Matka.
Już miałem rok trzynasty, kiedy straciłem Matkę, a jednak jakby zamglona przedstawia się mojéj pamięci.. nawet rysy jéj twarzy niedosyć wyrazisto mam przed oczyma. Widzę ją zawsze zajętą ogrodem...