Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/218

Ta strona została przepisana.


na ścieżce wiodącéj przez Olszynkę do Dubiecka... ze mną biegł Perrot, francuz, guwerner młodych Dembińskich.
W saméj rzeczy ujrzeliśmy przy rogatce dwóch Szaserów konnych 5go pułku dowództwa pułkownika Turno. — Mieli granatowe kolety — amarantowe kołnierze — od kołnierza wzdłuż okrągłych guzików po obu stronach pasek biały z amarantową wypustką, — na głowie czaka z piątym numerem na przodzie. Przy siodle karabinki, w ręku ogromne obosieczne pruskie pałasze.
To Polacy!... To Polacy! powtarzałem i nie wierzyłem sam sobie. — Dusza przeszła w oczy... wlepiałem je w drogie zjawisko. — Na ziemi leżał porąbany dwułbisty orzeł, który był na domie pocztowym. Schwytany oficer austryacki, jadący kuryerem, stał przy wozie, z miną, która zowie się gminnym wyrazem: kiepska. — Poczmajster, w szlafroku i pantoflach zapewniał wiarusów, że się bardzo cieszy z ich niespodziewanéj wizyty, — częstował wódką, a flaszka dzwoniła o kieliszek, bo poczmajster dostał febry z radości.
Idziemy ku pałacowi i w ulicy spotykamy cały oddział pod dowództwem porucznika Wesołowskiego. Był on potém kapitanem w 11tym pułku ułanów.
Kiedy przy rogatce poczmajster się trzęsie, porucznik klnie, podpite Szasery pakują na wóz grubego hauptmana, w pałacu kończył się okropny dramat. — Patrol 5go pułku wpadłszy do miasteczka, a potém do pałacu, zastał — jakto zwykle na wsi bywa — drzwi na oścież pootwierane, a w pokojach nikogo. — Henrykowski kapral, młody, przy-