Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XII.djvu/085

Ta strona została przepisana.


Zbudzone dziecko ramiona wyciąga,
A Zbigniew chwyta, ściska i urąga:
„Chodź dziecino, chodź w objęcie,
„Daj usteczka pocałować;
„Matcem przyrzekł chować święcie,
„Ja też muszę cię pochować.“
Rzekł i śmiał się... i stal błysła
I krew dziecka z życiem bryzła.

Wtenczas jakiegoś życia zimne tchnienie
Długie wokoło poruszyło cienie,

Drzwi zwolna trąciły progi,
Szyby w ołowiach zadrżały,
A zabójca pełen trwogi
Twarz wybladłą, wzrok zdziczały
W zakrwawione kryjąc szaty
W odległe pędzi komnaty.,

Ale zaledwie rzucił się na łoże,
Drgnął, chwycił, puścił... i wątpić nie może,

Trup krwią mokry, śmiercią skrzepły
Zaległ przy nim tuż przy boku,
Ciała do siebie przylepły
Nierozdzielne w każdym kroku;
Jakby magnes ze żelazem
Biegną, stają i drżą razem.

Jak Laokoon wężami ściśnięty,
Kiedy rękami ślizkie chwyta skręty,

Widać, palce jak zawięzły,
Jak się każdy nerw napręża;