Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/024

Ta strona została uwierzytelniona.


A zgraja woła: kogoś zabił, kogo?
Bo wiedzą ludzie, czemu wierzyć mogą;
Śmieją się krzycząc: kogoś zabił Panie?
A jedno słowo, to jedno pytanie
Jeży mu włosy, serce ziębi trwogą.
Biegnie, ucieka, ucieka co siły,
A gdy ostatni głos echa odbiły,
Staje i słucha, słucha i w drzew szumie
Pytanie: kogo? znów słyszeć rozumie.
I znów ucieka, aż padnie bez siły.
Spłynął rok w przeszłość jeden, drugi, trzeci,
Daléj dziesiątek za dziesiątkiem leci;
Tak lat nareszcie minęło trzydzieści,
Zawsze zdrój szumi, zawsze liść szeleści,
Ojców pytanie powtarzają dzieci.
Aż raz Pan zamku nie wydołał trwodze,
Padł pod ciężarem na rozstajnej drodze,
Krew w piersiach grała, a zbielałe oko
W martwych powiekach łyskało głęboko:
Ja, jam ją, krzyczał, zamordował srodze.
Kogo? głos z góry uderzył o skały.
Kogo? — Ojczyznę — Ojczyznę, lud cały.
Ojczyznę — odgłos powtarzał daleki,
Powtarzał długo — trwać będzie na wieki.
Zdrajca już nie żył — przekleństwa zostały.
Krzyża wyciosać nie było mu komu,
Ze suchem okiem szedł każdy do domu.
Nikt mu nie wyrzekł: Niech z Bogiem spoczywa!
Nikt go ojczystą ziemią nie pokrywa;
Nie wart i ziarnka, kto sprzedał bez sromu.
Jak jego serce, tak zimne kamienie,
Co lat trzydzieści darły mu odzienie