Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/043

Ta strona została uwierzytelniona.


Tak Sandy i Dumasy w półświatowéj szkole
Wzgardzie związków małżeńskich uprzątają pole;
I kiedy co dzień wiarę obrzucają błotem,
Jakże dziwić się dzieciom, jeśli dzieci potem
Zgadując, kto był ojcem, a czem była matka
Gardzą błogosławieństwem dziadka i pradziadka,
Aż zasady Hugonów przyswoją nam Muzy,
Obory dla podrzutków, dla matek zamthuzy.
O nie, czarno nie widzę, ja nie pessymista,
Może też z naszych gruzów ktoś kiedyś skorzysta;
Może z tych Herkulanów odgrzebie ołtarze,
Ale ja krom nadziei wszystko dziś przemażę:
Nie nęcą oświetlone zachodu kupole,
Ja teraz barbarzyństwo Czarnogórców wolę;
Gdzie, jeżeli zbójeckie uderzą mnie groty,
Zginę, ale bez wstrętu do własnéj istoty.
„Ale hola! powróćmy z zachodu i wschodu
Do naszéj biednéj ziemi, do naszego grodu.
Tu radnych panów grono nie patrząc pod stopy
Na polityczne gwiazdy zwraca teleskopy,
Albo popularności szuka w dzień ze świecą,
Albo na Bucentaurze bierze ślub z ulicą.
Rozsądek zamilkł w sejmach przed trwogi obliczem;
Dowcip, albo szał zdradny, reszta wszystko niczem.
Tymczasem powódź sunie, coraz bliżéj brzegu,
Jak cień cicha i jak śmierć niewstrzymana w biegu;
Tymczasem żydowczyzna, co szła chylcem, skośnie,
Z pijawki już padalcem, w konstryktora rośnie;
Radykalizm nie zajmie historycznych szyków,
Ale zajmie frymarstwo przekupnych dzienników. —
Dziennikarstwo po części w kole się obraca,
Każdy swój kąsek chleba trucizną opłaca,