Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/074

Ta strona została uwierzytelniona.


2.

Siedzi przy ogniu z żółtemi oczyma,
W wyschniętéj dłoni czarny ożóg trzyma.
W kudłach padalec, u piersi ropucha,
Siedzi przy ogniu, dzikiéj burzy słucha;
Słucha i kładzie pełną garścią zioła,
Kładzie, wstrząsa... Kto? Nikt zgadnąć nie zdoła.
Wtém płomień przygasł, żar syknął w ognisku,
Ciszéj! — Co za grzmot? czy sklep gdzie w zamczysku
Runął z łoskotem na przyczepne chatki
I wygniótł z piersi jęk dziecka i matki?
Czy téż jezioro, wzniesione na tamie,
Ryje zaporę i zastawy łamie?
Czy na Bałandzie[1] długa trąba wyje
Aż od szałasów wilków nie odbije?
Nie, to pod stopą jeden, drugi, trzeci,
Zepchnięty kamień w dziką przepaść leci,
A po stu skokach, gdy wody dopada
Huk roztrzaśnięty w odmęt burzy wkrada.
I wkrótce szelest, dmuch skrzydeł tysiąca
Z przygasłych węgli siny łysk wytrąca;
A jak cis smętny, co go grom osmali,
Ogromna postać występuje z dali,
Staje przed ogniem, za nią cień czerwony
Wali się w przepaść, sięga drugiéj strony.


  1. Bałanda, nazwisko góry.