Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/137

Ta strona została uwierzytelniona.


Nadbrzeżna wszakże drożyna
Pod ciężarem się usuwa..
Rwie się nagle cały b zeg,
I brzeg, koń, niedźwiedź i strzelec,
Jakby jedna wielka bryła,
Wielki odłam górnych skał,
Od urwiska do urwiska
Z hukiem, grzmotem leci w dół.
A kiedy w głębi przepaści
Zdruzgotany koń drga jeszcze,
I ostatnie zionie tchy,
I kiedy strzelec w pół góry
Na kolczastym wisząc krzaku
Wkoło siebie bryzga krwią,
I w powietrzu się kołysze,
Jak złamany drzewa szczyt,
Zwierz wciekły bolem i zemstą
Jęknął, ryknął, wstrząsnął kudłami
I do walki gotów stał.
Pogardzał nędznym tropowcem,
Co cichaczem pędząc w tropy
Już na oko teraz wziął,
I z uboczy naszczekiwał,
Jakby wołał: Tu jest, tu!
Pogardzał koniem jak ścierwem,
Ale w górze zwietrzył wroga
I pod stromy skoczył brzeg.
Kamienie chwyta, kamienie
Zsuwa na dół, z sobą razem,
Chwyta zielska, zielska rwie,
Trzykroć wraca, pnie się trzykroć,
I po trzykroć pada wstecz.