Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/155

Ta strona została uwierzytelniona.


Wrył się w trawy, wrył się w liście
I legł bez tchu jakby głaz.
A z łozy sarniuk spłoszony
Skoczył, wstrząsł się, słuch nastawił:
Co tu słychać? Co to jest?
Niedługie było zdziwienie!
Zobaczywszy, zobaczony
Napadnięty z różnych stron,
Tupnął nogą i jak kula
Przed psim nosem świsnął w świat.
Drapieżny jadąc wzdłuż łąki
Wszystko widział co się stało —
Na przekleństwa brak mu słów.
Lecz poznał, że to daremnie
Nawoływać albo trąbić.
Aby pogoń z toru zbić.
Więc rozpięto nowe sfory
I puszczono w nowy ślad.
I Niczyj czasu nie tracił,
Ubiegł więcéj jak pół drogi,
Ale sił już coraz mniéj.
Nie było krzaka łoziny,
Ni się drugi sarniuk zjawi,
Został tylko walki los.
Ujrzał kopiec, przy nim ukląkł
I do ręki chwycił nóż.
A kiedy psy się zbiegając
Naszczekiwać nań zaczęły,
Krzyknął, wrzasnął: A zasie!
Głos ludzki wstrzymał na chwilę,
Lecz napaści nie oddalił,
Psy zaczęły tęgo rwać.