Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/219

Ta strona została uwierzytelniona.


Seńko pokiwał głową, potem rzekł żałośnie:
„Oj, czasy czasy panie, wszystko na wspak rośnie.
„Nie ma dziadków z torbami, co grajcarki brali,
„By za duszeczki zmarłych paciorki zmawiali.
„Zastępują ich teraz młode, zdrowe smyki
„Z pałką proszące jakieś niby wojowniki.
„Bez pracy z cudzéj sakwy smakuje pożyczka,
„Od łyczka do rzemyczka, coraz bliżéj stryczka.
„Ale z owym brodatym byłem już w rozbracie,
„Chciał mnie krzykiem i brodą nastraszyć w méj chacie;
„Ja do kija, on w nogi, aż się zakurzyło.“
I roześmiał się stary, mnie śmiechu nie było.
Wprawdzie i w mieście żebrze generacya młoda,
Ale nie tak gwałtownie — gdzież wiejska swoboda?
Gdzie bezpieczeństwo? Gdzie? gdzie? chodziłem jak struty.
Jako dziedzic chcę zagrać... nie wiem z jakiéj nuty.

„Mój panie Ekonomie, tu się krzywo dzieje,
„W nocy płoty, ba mostki roznoszą złodzieje,
„W dzień snopki ciągną z pola, a straż nic nie warta,
„I gorzéj, bo dwóch kradnie, i złodziéj i warta.
„Pleban rąbie bez kwitu, chłopi pasą w lesie,
„I wściekły centralista tych ćwioków nie zniesie.
„Jedź do pana Starosty, do prezesa Rady,
„Niech przecie jaka dusza strzeże od zagłady.
„Są przecie jakieś prawa, rozkazy, zakazy.“
A na to mój Ekonom: „Byłem dziesięć razy;
„Pan Starosta z Prezesem grają jakby w piłki,
„Suplika od przesyłki lata do odsyłki;