Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/043

Ta strona została uwierzytelniona.


Jak bogacz, który niedba o to co rozdaje.
Lecz surowe Godziny gniewną wszczęły pracę
Przeciw mnie, i złamały, skaziły, zepsuły:
A nie mogąc mnie dobić — zostawiły nędzne
W obliczu nieśmiertelnej młodości kalectwo,
Wieczystą starość, obok wieczystej młodości —
I stałem się popiołem. Czyliż to naprawić
Twoja miłość i piękność zdoła nawet teraz,
Gdy tuż nad nami srebrna gwiazda, twój przewodnik,
Oświeca w twoich oczach łzy, które wylewasz
Na głos mój? Pozwól umrzeć, dar swój weź odemnie:
Pocóż ma pragnąć człowiek, aby w jaki sposób
Wyróżniał się od ludzi pokrewnego rodu,
Lub mijał przeznaczoną od losów ciemnicę,
Gdzie dla wszeystkich spoczynek, dla wszystkich spotkanie.

Łagodny wietrzyk chmury jak wachlarz rozwija,
Przez nie, przegląda ciemny świat ten, gdziem zrodzony;
Znów się wykrada dawny, tajemniczy połysk,
Z twego czystego czoła i z twych czystych ramion
I z łona bijącego odnowionem sercem.
Twe lica różowieją przez mroki rumieńcem,
Zanim zagaszą gwiazdy, zaprząg twych rumaków
Chciwy jarzma, z miłością ku tobie wzlatuje,
I otrząsa ciemności z swych grzyw rozpuszczonych,
I z rannych zmierzchów krzesze ogniste iskierki.