Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/065

Ta strona została uwierzytelniona.


Zamyślony, samotny, idę krok za krokiem,
Idę po raz ostatni smutnem żegnać okiem
To słońce bledniejące — promień jego słaby,
Przedziera się zaledwie w gęste lasu cienie.
Gdy w dniach smutnej jesieni kona przyrodzenie,
Milszemi, świetniejszemi jaśnieje powaby.
Tak ostatnie przyjaciel oddaje uściski,
Tak się mile uśmiecha człowiek zgonu bliski.

W widnokręgu dni moich już słońce blednieje,
Opłakując straconą rozkoszy nadzieję,
Raz jeszcze się odwracam, z zazdrością spoglądam
Na dobra nieużyte i użyć ich żądam.

Słońce! ziemio! naturo! gdy nad grobem stoję,
Przyjmij w hołdzie łzy rzewne i nadzieje moje.
Jak wonne jest powietrze, niebo jak nie mgliste,
Dla oczu konających to słońce jak czyste!
Radbym dzisiaj ten kielich aż do dna wysączył,
Gdzie się nektar rozkoszy z przykrą żółcią złączył.
Piłem życie z tej czary, może w niej u spodu
Kropla upragnionego pozostała miodu!
Może, kiedy nadzieję szczęścia postradałem,
W pomyślniejszej przyszłości odzyskać ją miałem.
Możeby czyje serce — me serce pojęło,
Wzbudziło we mnie miłość i miłością tchnęło!