Strona:PL Antoni Lange - Malczewski i kilka erotyków.djvu/081

Ta strona została uwierzytelniona.
ZOFJA

Antoni,
Proszę cię: tak przemawiać do mnie, Bóg niech broni —
Obrażasz mię. Tyś dla mnie jakby człowiek święty:
W tobie jakieś nadziemskie żyją elementy.
Bywałeś u nas dawniej — w tym smutnym Hrynowie.
Ja miewałam migreny — spazmy — słabe zdrowie —
Napróżno mię leczyli uczeni doktorzy.
Było mi coraz gorzej, kochanku, wciąż gorzej...
Aż nagle ty przyjeżdżasz z ziemi zagranicznej —
I gdym jeno ujrzała twój wzrok magnetyczny —
I gdyś mię po raz pierwszy uśpił: ocalona
Byłam! Ach, cisza wielka w głębi mego łona
Zakwitła — jakaś nowa zalśniła mi zorza...
Zrozumiałam: to ręka prowadzi mię boża
Ku tobie! Muszę z tobą być — ach, być przy tobie —
Bez ciebie raczej nie żyć, raczej usnąć w grobie.
Porzuciłam rodzinę — wieś — dzieci i męża —
Siła nadprzyrodzona materję zwycięża —
Lubię, kiedy na czole mojem kładziesz dłonie —
Gdy usypiam — w nieznaną przechodząc harmonję —
I teraz jakie cuda widziałam!... i oto,
Ty mię zowiesz kaleką i biedną istotą —
Przeto, że opętała mię furja miłosna
I żem poszła za tobą... Ach, jestem nieznośna!
Wypędź mnie, wypędź z domu! Zatrułam ci życie!
Ach, jakżem nieszczęśliwa. Ty mnie zdradzasz skrycie


MALCZEWSKI

Przestań, Zofjo! Jam chory — jakiś ból mię ostry
Przenika — bądź mi raczej nakształt dobrej siostry —