Strona:PL Bolesław Leśmian-Napój cienisty.djvu/104

Ta strona została uwierzytelniona.

KOCHANKOWIE


Ledwo dziewczyna przyszła zdaleka, —
Dreszcz go obleciał skrzydlaty.
Zatrzepotała martwa powieka, —
I z grobu wyjrzał na światy.

— „Dobrze, żeś przyszła! Gniję daremnie,
Własnego niepewny cienia!
Gdziem jest, że oto — niema mnie we mnie?
Są tylko moje cierpienia.

Powiedz — schylona ponad mogiłą —
Śpiącemu w mogił obłędzie, —
Gdzie się podziewa to, co mną było,
A nigdy mną już nie będzie?“ —

Nic nie odrzekła w trwodze dziecięcej,
Lecz martwa padła na wrzosy.
Pewno kochała o wiele więcej,
Niż myślał — kusząc niebiosy.

Padła w ustroniu ojesieniałem,
Gdzie kwiatom — straszno różowieć, —
By kochankowi całem swem ciałem
Dać tę jedyną odpowiedź!