Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/109

Ta strona została uwierzytelniona.

przód, żeby nikt o tem nie wiedział, a powtóre, żeby mi ten robaczek wystawił kwit, jako w dniu 1 października r. b. sprzedaje mi go za pięćdziesiąt rubli. Odda pieniądze na czas, to i ja oddam zegarek; nie odda, tom go kupił i basta!
W tej chwili zadudniły schody i we drzwiach zadymionej izdebki ukazało się czterech mężczyzn. Byli to panowie: Marek, Leon, Władysław i Antoni.
WŁADYSŁAW (do Mateusza). A cóż? byłeś sąsiad na wystawie?...
MATEUSZ (zakłopotany). Ja... tego... właściwie...
ANTONI (do Mateusza). Wstydź się, sąsiedzie! o tyle mil przyjechałeś, za parę dni zamykają wystawę, a tyś nie był jeszcze.
MATEUSZ. Brak czasu... brak zdrowia... Przytem sąsiedzi macie stałe bilety...
MAREK. Tak, ale płacimy za nie po cztery ruble; zapłać i ty, to będziesz miał...
MATEUSZ. Wolałbym chwilowy, ale nie wiem, gdzie kupić...
MAREK. W kasie, w kasie, przy wejściu.
MATEUSZ. Nie wiem, czy trafię...
LEON. To już ja sąsiadowi dam swój bilet na dziś.
MATEUSZ. Nie wiem, jakby się tam dostać...
LEON. Dorożką pierwszej klasy, za pół rubla...
MAREK. Albo drugiej za dwa złote.
ANTONI. Można i omnibusem za dwadzieścia groszy pod sam gmach prawie...
WŁADYSŁAW. A nawet za dziesięć groszy na plac Aleksandra, stamtąd zaś kilkadziesiąt kroków piechotą.
MAREK. No, ale idźmy już na obiad, a potem może się znowu zejdziemy na wystawie...
LEON. Najlepiej przy restauracji (do Mateusza). Oto mój bilet...